Jej ciało, jej życie, ale nie jej decyzja – kiedy kobieta nie ma głosu, mimo że jest w centrum
Nie jestem aktywistką, ale byłam w środku tej historii
Nie jestem działaczką. Nie jestem ekspertką od ustaw. Nie mam gotowych rozwiązań. Ale jestem kobietą, która była w środku tej historii – w szpitalu, w niepewności, w zawieszeniu, bez prawa do decyzji. I wiem, jak to jest, kiedy czyjeś życie toczy się wewnątrz ciebie, a ty nie możesz nic zrobić – bo lekarze się boją, system milczy, a ty… jesteś niewidzialna.
Przeszłam przez trzy poronienia, jedno nieudane in vitro, zostałam mamą biologiczną i adopcyjną. Wczoraj – 24 marca – był Narodowy Dzień Życia. I to właśnie wtedy zaczęły we mnie kiełkować pytania. To on obudził we mnie potrzebę napisania tego tekstu.
Czy kobieta ma wybór w ciąży?
Czy naprawdę chodzi o życie – czy tylko o ideę, którą łatwo głosić, gdy się samemu nigdy tam nie było?
Piszę ten tekst z drżeniem. Bo choć nikt mi tego nie zabrania, czuję się nie do końca bezpieczna w swoim własnym państwie. Boję się reakcji. Boję się oceny. Boję się tego, co się stanie, gdy opowiem prawdę.
A jednak piszę. Bo milczenie zostawia nas samotne. A ja nie chcę już być sama z tą historią.
8 dni w szpitalu – historia zawieszenia, ciszy i samotności
Rok 2020. Pandemia. Szpital zamknięty, a ja – w samym środku tego chaosu, zupełnie sama. W szpitalu, w zawieszeniu. Z ciąży pozamacicznej i macicznej jednocześnie, z brakiem odpowiedzi. Beta HCG raz spadała, raz rosła. Lekarze nie wiedzieli, co robić. „Zobaczymy”, „proszę czekać”, „jeszcze nie teraz” – to wszystko, co słyszałam. Z dnia na dzień, bez żadnych decyzji, w zawieszeniu. Gdzieś wewnętrznie czułam, że coś się dzieje, ale nie wiedziałam, co. I nie wiedziałam, czy moje ciało po prostu się leczy, czy może zmierza ku końcowi.
Najpierw test na COVID, potem bezczynność, samotność. Do czasu uzyskania wyniku leżałam całkowicie sama w zamkniętej sali. Dzwonek przy łóżku nie działał. Personel pojawiał się tylko na chwilę, unikając kontaktu. Czułam się, jakbym była niewidzialna. Byłam naprawdę sama. Fizycznie, psychicznie, emocjonalnie. Bez córki, bez odwiedzin, bez lekarzy, bez słów. Tylko cisza i zawieszenie.
Nie miałam nawet kontaktu z mężem – który zawsze był dla mnie ogromnym wsparciem. On też cierpiał, czując własną bezsilność – że coś mi się dzieje, a on nie może mi pomóc, nie może mnie przytulić, nawet ze mną porozmawiać inaczej niż przez telefon. I nasza córka – ona też to przeżywała. Widziała, że mnie nie ma. Czuła, że coś jest nie tak. I też była bezbronna wobec tej sytuacji.
Dopiero gdy wynik testu okazał się ujemny, przeniesiono mnie na inną salę – z drugą pacjentką. I wtedy pierwszy raz ktoś naprawdę był obok. Nie system. Nie lekarz. Inna kobieta. Nie pocieszała mnie – wspierałyśmy się nawzajem. Tylko siebie miałyśmy. I to naprawdę pomogło, choć obie potrzebowałyśmy wsparcia profesjonalnego, którego nigdzie nie było.
Te 8 dni w szpitalu były dla mnie czasem paraliżującej niepewności. Nie wiedziałam, co się dzieje z moim ciałem. Lekarze nie potrafili zdecydować. System był przestraszony i bierny, a ja byłam w środku – ale bez głosu.
To nie był pierwszy raz, gdy zetknęłam się z taką bezradnością. Podczas mojego pierwszego poronienia, kilka lat wcześniej, usłyszałam od lekarki: „Taka pogoda na poronienia teraz.” I wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że dla systemu to nie jest nic wyjątkowego. A dla mnie… to był koniec świata. Nie wiedziałam, że coś takiego może się przytrafić mnie. Wiedziałam, że kobiety przechodzą przez poronienia, ale było to dla mnie abstrakcją – dopóki nie poczułam tego na własnym ciele.
To wtedy, właśnie wtedy, podjęłam w sobie cichą, ale ostateczną decyzję: Nie chcę już nigdy więcej być w ciąży. Nie chcę przez to znowu przechodzić. Nie chcę znowu być sama w takiej samotności. To było za dużo.
Dziś, gdy słyszę hasła o „ochronie życia” – zastanawiam się, czy ktoś faktycznie dbał o moje życie? O moje zdrowie psychiczne? O moje emocje? Bo choć lekarze mogli mieć na celu ochronę mojego życia, to wówczas nie poczułam, że jestem w centrum ich uwagi. Brakowało mi od nich poczucia, że moje zdrowie jest naprawdę dla nich ważne. Brakowało mi informacji, jasności sytuacji, zapewnienia, że robią wszystko, co mogą, żeby mi pomóc. Tego, że jestem ważna jako pacjentka, nie tylko medycznie, ale i emocjonalnie.
Brakowało mi wsparcia psychicznego – tego, żeby ktoś powiedział: „Jesteś dla nas ważna, robimy wszystko, byś poczuła się bezpieczna.” Bo to, co miało dla mnie wartość, to właśnie poczucie, że nie jestem sama w tej sytuacji.
Straty i decyzje – kobieta, która już przeszła wiele
Nie jestem w tej rozmowie osobą z zewnątrz. Mam za sobą trzy poronienia. Jedno nieudane in vitro. Przeżyłam ciąże, które kończyły się pustką, niezrozumieniem, milczeniem lekarzy i brakiem wsparcia. Ale przeżyłam też narodziny mojej córki – mojej biologicznej córki. I przeżyłam moment, w którym stałam się mamą adopcyjną.
Nie znam tego tematu z każdej strony. Ale znam go z wielu perspektyw – z perspektywy kobiety, która czekała, traciła, rodziła, adoptowała. Z perspektywy kobiety, która zadawała pytania i nie dostawała odpowiedzi. Znam ból czekania. Znam ciszę poronienia. Znam procedury medyczne, które bardziej przypominały mechanizm niż troskę. Znam radość narodzin. Znam lęk, że znowu się nie uda. Znam szczęście adopcji, ale też ogrom pracy, niepewności i samotności, który za nią idzie.
I może właśnie dlatego – nie potrafię patrzeć na temat ciąży i aborcji w sposób czarno-biały. Bo to nie jest teoria. To nie jest „sprawa”. To czyjeś ciało, czyjeś życie, czyjaś rodzina i czyjaś trauma.
W całym moim doświadczeniu były dwa momenty, w których poczułam, że mam prawo wyboru. Pierwszy – to była adopcja. Wtedy po raz pierwszy ktoś zapytał mnie, czy dam radę, czy chcę, czy jestem gotowa. I chociaż to też nie była łatwa decyzja – miałam w niej sprawczość. Drugi – to był poród biologiczny. Wtedy pytano mnie, jak chcę, żeby wyglądał. Miałam wpływ. Miałam głos. Ale wiem, że wiele kobiet tego głosu nie ma – ich potrzeby i preferencje są pomijane, ignorowane, bagatelizowane. I nie mówię tu o sytuacjach, w których lekarze muszą podjąć szybką decyzję dla dobra matki i dziecka – tylko o sytuacjach, w których nikt nawet nie pyta. A przecież to ona rodzi. To jej ciało. To jej historia. I często jej trauma.
A wcześniej? Byłam tylko podmiotem, przez który coś się dzieje. Cisza. Oczekiwanie. Stres. Ból. I nikt nie mówił: „Jak się pani z tym czuje? Co pani chce zrobić?”
Wciąż mam w sobie tamto pytanie: Gdzie się kończy moje prawo do decyzji, a zaczyna cudze sumienie? I równie ważne: czy naprawdę ktoś, kto nigdy nie był w tej sytuacji, ma prawo mówić mi, co powinnam czuć i co powinnam zrobić?
Bo kiedy wszystko jest dobrze – ciąża przebiega książkowo, dziecko rozwija się prawidłowo, nikt nie widzi potrzeby ingerencji. Nie ma konfliktu. Nie ma napięcia. Nie ma dylematów. Ale gdy tylko coś zaczyna iść nie tak – gdy pojawia się zagrożenie, niepewność, pytanie o życie i śmierć – nagle wielu się cofa. Lekarze boją się podjąć decyzję. System milczy. A jednocześnie – kobiecie odbiera się prawo do decyzji.
Nie daje się jej ani wyboru, ani wsparcia, ani odpowiedzialności. Po prostu pozbawia się ją wpływu na własne życie. A bez prawa do poniesienia odpowiedzialności za swój wybór – odbiera się godność.
Rozumiem, że lekarze też się boją. Że boją się odpowiedzialności, że nie chcą podjąć decyzji, która mogłaby się dla nich źle skończyć. Do pewnego momentu – to jest zrozumiałe. Ale gdzieś w tym wszystkim powinna być granica. Bo przecież składali przysięgę Hipokratesa. Nie przysięgę milczenia. Nie przysięgę asekuracji. Tylko przysięgę ratowania życia.
A ja – kobieta w szpitalnym łóżku – miałam wrażenie, że to moje życie jest dla nich zagrożeniem, którego lepiej nie dotykać. Bo co, jeśli się pomylą? Co, jeśli coś pójdzie nie tak?
Ale przecież nicnierobienie też jest decyzją. I też ma konsekwencje. Tylko że te prawdziwe konsekwencje ponosi później nie lekarz. Tylko kobieta.
Co mówi prawo, a co robi system – praktyka kontra teoria
Mamy więc prawo, które zakazuje. Mamy lekarzy, którzy się boją. I mamy kobiety, które zostają z tym wszystkim same. W zawieszeniu. Bez głosu. Bez decyzji. Bez wsparcia. A dla wielu z nich, to nie jest tylko kwestia teoretyczna – to ich rzeczywistość, którą muszą przeżyć. Milczenie systemu, brak konkretnej pomocy, strach przed konsekwencjami – to wszystko odbiera im poczucie bezpieczeństwa, poczucie kontroli nad własnym życiem.
Zamiast oferować wsparcie, system pozostawia je same z lękiem, w obliczu niepewności, nie wiedząc, jak mają dalej żyć. Te kobiety nie dostają poczucia, że ktoś stoi po ich stronie, nie mają nikogo, kto by im pomógł odnaleźć drogę. A bez odpowiedzi, bez wsparcia, bez decyzji, nie ma też poczucia, że ich życie ma jakiekolwiek znaczenie dla tego systemu.
I zostaje jeszcze jedno pytanie – bardzo konkretne, bardzo trudne i bardzo ważne: co jest ważniejsze – klauzula sumienia czy przysięga Hipokratesa? Sumienie lekarza czy życie człowieka, który leży przed nim i czeka na pomoc? Bo jeśli lekarz bardziej boi się konsekwencji niż milczenia wobec cierpienia – to kto tak naprawdę bierze odpowiedzialność za życie?
I choć w 2024 roku Ministerstwo Zdrowia opublikowało nowe wytyczne, mające ułatwić dostęp do legalnej aborcji w przypadkach przewidzianych przez prawo – to wciąż bywa niezrozumiałe, jak je stosować. Nie mają one rangi ustawy, nie zmieniają realnie przepisów, a jedynie próbują je zinterpretować. I choć intencja była słuszna, to kobieta nadal może zostać w tej samej sytuacji: w zawieszeniu. Z lękiem. Bez decyzji. Bez pomocy. Bez poczucia, że ktokolwiek naprawdę stoi po jej stronie.
To, co przeżyłam, to nie abstrakcja
To, co przeżyłam, to nie abstrakcja. To rzeczywistość wielu kobiet, które w trudnych momentach zostają pozbawione głosu. To, co się dzieje z ich ciałami, to nie decyzja, którą mogą podjąć same. To system, lekarze, społeczeństwo – wszyscy, którzy decydują o tym, co ma się dziać z ich ciałem, nie pytając ich o zdanie, nie dając im wyboru.
W tej całej sytuacji braku wsparcia pozostawione same sobie, kobiety stają w obliczu trudnych wyborów, które nie są ich. To, co miało być procesem wspierającym, z troską i informacjami na każdym etapie, staje się dramatem, w którym decyduje się o nich ktoś inny. Brak informacji, brak jasnych decyzji – i to wszystko w całkowitej samotności, w ciszy, która powoduje jeszcze większy ból i niepewność.
Na szczęście moja historia zakończyła się inaczej. Mam możliwość podzielenia się nią, bo przeszłam przez to, przeżyłam to. Wróciłam do domu i mogłam kontynuować swoje życie. Ale nie wszystkie kobiety miały tę szansę. Zbyt wiele z nich nie wróciło do domu. Zbyt wiele pozostało w tej ciszy, w tym zawieszeniu, bez wsparcia, bez wyboru.
I dlatego te pytania wciąż są tak ważne.
Narodowy Dzień Życia nie pozwolił mi milczeć
To miał być zwykły dzień. Narodowy Dzień Życia. Przewinęło mi się gdzieś w kalendarzu, w internecie, między wiadomościami. Ale we mnie – ten dzień obudził coś więcej. Potrzebę. Wspomnienie. Pytania. Nie umiałam ich zagłuszyć.
Bo kiedy słyszę, że to jest dzień ochrony życia, chcę zapytać:
Czyje życie właściwie chronimy?
Czyje życie się liczy, a czyje można przemilczeć?
Czy w tej całej dyskusji o życiu – jest jeszcze miejsce na życie kobiety?
Nie jestem politykiem. Nie jestem lekarzem. Nie mam władzy ani wpływów. Ale jestem kobietą, która przez to wszystko przeszła.
I czasem czuję się, jakbym nie miała prawa mówić o tym, co czułam. Jakby moje doświadczenie miało być mniej ważne niż czyjeś przekonania.
A przecież to ja tam byłam. W szpitalnym łóżku. W zawieszeniu. W strachu.
Z sercem, które waliło jak szalone. Z ciszą, która bolała bardziej niż jakiekolwiek słowa.
To ja zasypiałam z myślą: „Czy ktoś mi jutro powie, co się dzieje z moim ciałem?”
To ja czekałam na lekarza, który zamiast decyzji przynosił tylko milczenie.
W samolocie mówi się, że najpierw zakładasz maskę sobie, potem dziecku.
Dlaczego w przypadku ciąży tak często o tym zapominamy?
Dlaczego kobieta – ta, która niesie to życie – nie może dostać tej maski tlenowej, tej pomocy, tego wsparcia?
Dlaczego, kiedy system boi się działać, ona zostaje z tym sama?
Zostajemy z decyzjami, których nie mogłyśmy podjąć. Z ciałem, które przeszło przez coś, czego nikt nie wytłumaczył. Z emocjami, które nie mają gdzie się pomieścić. Z dziećmi, które może będą wymagały opieki do końca życia – a system nie da nam do tego siły, zasobów, ani nawet informacji, gdzie szukać pomocy.
A potem ktoś mówi: „To wspaniale, że zdecydowała się pani urodzić.”
Tylko gdzie jest ten ktoś, kiedy trzeba codziennie od nowa podejmować tę decyzję – już nie o ciąży, ale o życiu z tym, co przyszło?
I nie piszę tego, żeby kogoś przekonać. Piszę, żeby przypomnieć: kobieta to też życie. Nie tylko naczynie. Nie tylko tło. Nie dodatek.
I jeśli mamy naprawdę chronić życie – to może zacznijmy od wysłuchania tych, które je w sobie niosą. Od dania im przestrzeni na pytania. Na decyzje. Na głos.
Jeśli dotarłaś / dotarłeś do tego miejsca – dziękuję.
Dziękuję, że przeczytałaś tę historię nie tylko oczami, ale też sercem.
I chcę Cię o coś poprosić. Nie przechodź obojętnie. Zatrzymaj się. Zadaj sobie pytanie:
„Czy ja, jako człowiek, jako obywatel, jako partner, jako matka, jako lekarz, jako sąsiadka – dokładam się do tego, by kobiety miały prawo do głosu?”
Czy słucham, zanim ocenię?
Czy daję przestrzeń na trudne pytania – także wtedy, gdy nie mam na nie łatwej odpowiedzi?
Jeśli ten wpis poruszył coś w Tobie – udostępnij go, pokaż dalej.
Może właśnie ktoś, kto tego teraz potrzebuje, poczuje się mniej samotny.
I jeśli chcesz przeczytać więcej o mojej drodze, może zainteresuje Cię też ten wpis:
Nasza droga do rodzicielstwa – część 1: od niepłodności do decyzji o adopcji
Nasza historia rodzicielstwa cz.2 – między cudem narodzin a adopcją
A potem przychodzi jeszcze jedna myśl – już nie jako kobieta, która przez to przeszła, ale jako matka.
Moja córka ma dziś 9 lat.
I choć mój rozdział ciąży już się zamknął, jej historia dopiero może się kiedyś zacząć.
I ta myśl mnie paraliżuje.
Bo jeśli system zostanie taki, jak jest – albo będzie jeszcze bardziej bezwzględny – to co, jeśli ona kiedyś trafi do szpitala w takich okolicznościach?
Do tej samej ciszy?
Do tej samej niewiedzy, strachu, bezradności?
Czy ktoś zapyta ją wtedy, co czuje?
Czy ktoś da jej wybór?
Czy będzie miała prawo do decyzji – zanim wydarzy się tragedia?
Moja historia się skończyła.
A jej może nawet się nie zacząć…


