Mama z dwójką dzieci – bliskość, bezpieczeństwo i czułość
Psychologia i emocje,  Więź i emocje

Jestem domem dla moich dzieci, jak zbudować poczucie bezpieczeństwa u dziecka

— Mamo, chcę Ci coś powiedzieć na osobności. Tylko Tobie. Tata niech wyjdzie — usłyszałam cichy głos córki.

Spojrzałam na nią z zaciekawieniem, ale gdzieś głęboko, pod tą ciekawością, pojawiło się coś więcej. Drobne ukłucie, ciepły uścisk, którego się nie spodziewałam. Niby nic, a jednak wszystko. Może to zabrzmi banalnie, ale w takich chwilach po prostu mięknie mi serce. Nagle codzienność staje się jakby cichsza, a te wszystkie głosy w głowie — te mówiące, że czegoś znowu nie zrobiłam, że powinnam inaczej, że przecież „inne mamy dają radę lepiej” — cichną choć na krótką chwilę.

Zatrzymałam się wtedy, patrząc w jej oczy pełne powagi i zaufania. Zrozumiałam, że przychodzi do mnie nie dlatego, że jestem idealna, bo doskonale wiem, że nie jestem. Powiedzmy sobie szczerze: idealna matka mieszka tylko w bajkach (a już na pewno nie w naszym domu, w którym codziennie walczę z praniem, własną motywacją).

Nie przyszła też dlatego, że nigdy nie popełniam błędów, bo robię ich przecież całą masę. Zdarza się, że stracę cierpliwość i odpowiem ostrzej, niż bym chciała. Bywa, że zbyt nerwowo reaguję, kiedy dzieci przerywają mi coś ważnego. Zawsze później przepraszam, tłumaczę, wyjaśniam. Moje dzieci wiedzą, że nie jestem superbohaterką, ale zwykłą mamą, która uczy się każdego dnia na nowo, jak być lepszym człowiekiem.

Nie przyszła również dlatego, że zawsze mam dla niej czas. Bo szczerze mówiąc, nie zawsze mam. Czasami jestem zbyt zmęczona, czasem skupiona na pracy, telefonie czy tym, żeby to wszystko w końcu jakoś poskładać do kupy.

Przyszła do mnie, bo jestem jej domem. Jej bezpiecznym miejscem. Kimś, komu ufa najbardziej na świecie. Tą jedyną osobą, której chce powierzyć swoje sekrety.

I właśnie w tej krótkiej chwili poczułam coś, czego nie czułam od dawna. Zrozumiałam, że macierzyństwo jest lustrem, które pokazuje mi, co siedzi we mnie. I że tym lustrem jest właśnie moja córka.

„Jestem domem dla mojego dziecka” – powtarzałam sobie w głowie. „Bezpiecznym miejscem, które kojarzy się jej z ciepłem, zaufaniem, akceptacją. Czy ja sama jestem dla siebie tym miejscem?”.

Zaskoczyło mnie to pytanie, bo nagle zrozumiałam, że nigdy wcześniej go sobie nie zadałam.

A przecież to chyba powinno być naturalne — żeby kochać samą siebie, być dla siebie bezpiecznym miejscem. Tylko czy naprawdę to robię?

Moja córka stoi tu przede mną, patrzy na mnie z oczekiwaniem i uśmiechem, który mówi „jesteś moja, jesteś ważna, ufam ci”. A ja nagle zdaję sobie sprawę, że sama wobec siebie rzadko kiedy używam takich słów. Raczej krytykuję się za błędy, wyrzucam sobie niedoskonałości, ustawiam coraz wyższą poprzeczkę i oczekuję od siebie niemożliwego.

W tym momencie, stojąc tam naprzeciwko niej, obiecałam sobie, że to zmienię. Bo przecież, jeśli jestem domem dla niej, dlaczego nie mogłabym nim być także dla siebie? Bo tylko w ten sposób będę najlepszym przykładem dla swoich dzieci.

To był moment, który poruszył mnie głęboko i dał początek wielu nowym myślom. Ale to dopiero pierwszy krok…

  Starsza siostra przytula młodszego brata – dzieci czują się bezpieczne dzięki obecności

Czy jestem wystarczająco dobrą mamą?

Były takie dni – i wciąż się zdarzają – kiedy wieczorem siadałam na kanapie i myślałam: „Dzisiaj to serio zawaliłam.”

Bo nie miałam cierpliwości.

Bo podniosłam głos, kiedy w piątej minucie tłumaczenia wciąż słyszałam „ale dlaczeeegooo?” (serio, jak one nigdy się nie poddają?).

Bo zamiast z entuzjazmem angażować się w kolejną zabawę w „mamo, a teraz ty jesteś koniem”, powiedziałam „zaraz, tylko coś dokończę”, a to „zaraz” nigdy nie nadeszło.

To jest ta sytuacja, kiedy całe poczucie winy zalewa mnie jak fala tsunami. I nagle każda moja dzisiejsza wpadka, każda niecierpliwa odpowiedź, każda chwila, w której czułam, że mnie wszystko przerasta, zamienia się w jeden wielki zarzut: Nie jesteś dość dobrą mamą.

Bo przecież inne mamy… one na pewno są cierpliwsze, bardziej zaangażowane, nie myślą o niczym innym jak tylko o tym, jak pięknie wychować dzieci, prawda?

No, otóż nie.

I wiem to, bo rozmawiam z innymi mamami, bo słyszę ich historie, bo każda z nas to czuje.

Każda ma ten wieczorny moment refleksji, kiedy zamiast dumy z przeżytego dnia, czuje tylko zmęczenie i myśl, że mogła zrobić coś lepiej.

A potem, totalnie zaskakująco, przed snem moje dzieci przytulają się do mnie i mówią:

— Mamusiu, kocham cię najbardziej na świecie.

I w tym momencie… kurtyna.

Zamyślona dziewczynka – portret dziecka szukającego bezpieczeństwa

Dlaczego dzieci nas kochają mimo naszych błędów?

Jest jeszcze coś. To uczucie irytacji, kiedy dziecko czegoś od nas chce – a my akurat chcemy, po prostu chcemy być na chwilę same.

I nawet nie chodzi o to, że nie mogę zjeść czegoś ciepłego. Problemem jest to, że nie mogę zjeść czegoś w spokoju.

Za każdym razem, kiedy siadam do posiłku, zaczyna się festiwal „Mamo, daj…”

 — Mamo, daj ketchup.

 — Mamo, daj wodę, bo mi się chce pić.

 — Mamo, a mogę inny widelec?

 — Mamo, ale mogę jeść to inną stroną talerza?

 — Mamo, Mamo, MAMOOOO…

W skrócie: człowiek wstaje od stołu więcej razy, niż faktycznie zdąży przeżuć to, co ma na talerzu.

I powiem szczerze – w pewnym momencie czuję w środku coś, co trudno nazwać inaczej niż… frustracją.

Nie dlatego, że nie kocham mojego dziecka.

Tylko dlatego, że cały dzień ktoś ode mnie czegoś chce i czasami po prostu nie mam już czym dawać.

Ale przecież one nie przychodzą, żeby mi przeszkodzić.

One przychodzą, bo mnie kochają.

Bo dla nich jestem całym światem.

I kiedy sobie to przypominam, coś się we mnie zmienia. Tak, potrzebuję swojej przestrzeni. Ale moje dzieci też potrzebują mnie.

 

I tu wraca to pytanie:

Dlaczego my, matki, jesteśmy dla siebie tak surowe?

Dlaczego, kiedy wieczorem przypominamy sobie, że się zezłościłyśmy, oceniamy się jako „złe matki”, ale kiedy dzieci przychodzą do nas z miłością, to jakoś zapominamy, że może jednak jesteśmy dla nich najważniejsze pomimo wszystko?

Może dlatego, że ciągle mamy w głowie myśl, że powinnyśmy „dawać więcej”.

Ale co to właściwie znaczy?

I czy to „więcej” naprawdę jest potrzebne?

 

Jak nasze emocje wpływają na poczucie bezpieczeństwa dziecka?

Są dni, kiedy zamykam oczy i natychmiast zaczyna się w mojej głowie lista rzeczy, które mogłam zrobić lepiej. Mogłam być bardziej cierpliwa, mogłam więcej się pobawić, mogłam mniej się denerwować, mogłam lepiej to ogarnąć. Te myśli wracają do mnie jak stary, zdarty winyl, który raz puszczony nie chce się zatrzymać. Coś we mnie nie daje mi spokoju, coś powtarza: „Zrobiłaś dużo, ale mogłaś jeszcze więcej.”

Nie wiem dokładnie, kiedy to się zaczęło. Nie było jednego momentu, jednej sytuacji, jednego zdania, które ktoś powiedział mi prosto w twarz: „Musisz dawać z siebie 100%.” To przyszło po cichu, małymi kroczkami, przez lata. Przez to, że byłam rzadko chwalona. A kiedy już byłam, to nie za to, ile pracy w coś włożyłam, ale za efekt. Nie słyszałam: „Widzę, ile się napracowałaś”, „Podziwiam, jak się do tego przyłożyłaś.” Słyszałam raczej: „Super ci wyszło”, „Dobrze zrobiłaś.” Więc kiedy coś mi nie wychodziło, w mojej głowie brzmiało to jasno: nie zasłużyłam na pochwałę, bo efekt nie był wystarczający.

I to we mnie zostało. Zaczęłam myśleć, że jeśli dam z siebie jeszcze więcej, jeśli się bardziej postaram, jeśli nie odpuszczę – to może ktoś to w końcu zobaczy. Może wtedy poczuję, że jestem wystarczająca.

Mijały lata. Zmieniały się rzeczy, w których chciałam być „lepsza” – ale schemat pozostał. Był w szkole, kiedy za każdą czwórką widziałam przestrzeń na „mogło być lepiej.” Był w pracy, kiedy sukces nie był sukcesem, tylko „krokiem do czegoś większego.” Jest w macierzyństwie, kiedy wieczorem analizuję, czy mogłam być bardziej obecna, bardziej spokojna, bardziej cierpliwa. Jest nawet w rzeczach, które sprawiają mi przyjemność.

  Mały chłopiec w okularach pokazuje dłonie – dzieci obserwują nas uważnie

Czy moje dzieci naprawdę potrzebują idealnej mamy?

Pianino. To miała być moja przestrzeń radości, coś, co robię dla siebie, coś, co sprawia, że czuję muzykę, czuję siebie. Ale wystarczyło kilka miesięcy, bym znów zaczęła się zastanawiać, co można poprawić. Gram od sześciu miesięcy. Sześciu! I naprawdę, obiektywnie idzie mi świetnie. Gram utwory, których normalnie uczy się później. Nie dlatego, że jestem jakimś Mozartem, ale dlatego, że mam w sobie determinację, wyczucie, chęć do nauki. To jest coś, z czego powinnam być dumna.

A jednak… siedzę przy klawiszach i zamiast czuć satysfakcję, czuję napięcie. Jeszcze to trzeba poprawić, jeszcze palce nie układają się idealnie, jeszcze powinnam więcej ćwiczyć, bo przecież gram dopiero kilka miesięcy. I nagle zauważam, że zaciskam szczękę. Palce zaczynają mi się plątać, bo zamiast czuć muzykę, myślę tylko o tym, co jeszcze można poprawić.

Irytacja narasta, aż w końcu walę rękami w klawisze. Dźwięk jest tak donośny, że prawdopodobnie moi sąsiedzi – choć mieszkają jakieś kilkanaście metrów dalej – właśnie zastanawiają się, czy przypadkiem nie mają działki w okolicy eksperymentalnej szkoły muzycznej, w której testuje się wytrzymałość instrumentów na ataki frustracji.

I wtedy spoglądam na moją córkę. Ona patrzy na mnie uważnie. I ja w tym spojrzeniu widzę siebie.

Znam ten wzrok. To nie jest przerażenie. To nie jest niepokój. To jest obserwacja. To jest wzrok dziecka, które nasiąka sposobem, w jaki ja traktuję samą siebie. Widzę to na co dzień. Kiedy ja się denerwuję, ona też zaczyna się irytować. Kiedy ja się spinam, ona też reaguje napięciem. Ona przejmuje mój sposób funkcjonowania. Syn podobnie mimo, że jest dużo młodszy.

I nagle dociera do mnie, że ja chcę dla nich zupełnie czegoś innego. Chcę, żeby wiedziały, że mogą robić coś dla radości, nie tylko dla efektu. Chcę, żeby czuły się wystarczające tu i teraz, nie „kiedyś.” Chcę, żeby nie czuły tego, co ja czuję teraz. Ale jak mam im to pokazać, jeśli sama wciąż tego nie umiem?

Może problem nie jest w tym, że chcę się rozwijać. Może problem jest w tym, że nie zauważam, ile już zrobiłam. Może nie chodzi o to, żeby grać lepiej. Może chodzi o to, żeby czuć muzykę teraz. I tak samo jest z macierzyństwem. Może nie chodzi o to, żeby być lepszą mamą. Może chodzi o to, żeby zauważyć, że już teraz jestem dla nich najważniejsza. I żeby pozwolić sobie poczuć to teraz, a nie kiedyś.

Bo moje dzieci już mnie kochają. Nie kochałyby mnie bardziej, gdybym była cierpliwsza, spokojniejsza, bardziej „ogarnięta.” I nie chodzi o to, żeby odpuścić rozwój czy wzrastanie – chodzi o to, żeby nauczyć się rozwijać z lekkością, a nie z presją.

Bo przecież mogę się uczyć bycia bardziej cierpliwą, bardziej świadomą, bardziej spokojną – ale nie dlatego, że teraz jestem niewystarczająca.

Tylko dlatego, że po prostu mogę.

I właśnie tu wracamy do pytania: dlaczego tak bardzo szukam poczucia bezpieczeństwa na zewnątrz, zamiast budować je w sobie?

Mama i córka skaczące razem – radość i bliskość w macierzyństwie

Poczucie bezpieczeństwa – w sobie czy w innych?

Czasem myślę, że moje życie to jedna wielka próba „ogarnięcia wszystkiego”. W mojej głowie zawsze istnieje jakiś punkt, do którego dążę, jakaś wizja idealnie poukładanego świata, w którym w końcu będę mogła się zrelaksować i powiedzieć sobie: „Teraz jest dobrze”.

Tylko że ten moment nigdy nie nadchodzi.

Bo zawsze jest coś. Jak nie sterta prania, która wygląda jak Mount Everest, to nagle pies postanawia zrobić niespodziankę na środku salonu. Jak nie deadline, który miałam wczoraj, to „Mamo, a możemy teraz piec babeczki?”. A kiedy wszystko na chwilę się uspokoi, mój własny umysł z gracją baletnicy wskakuje na scenę i zaczyna spektakl: „Czy na pewno zrobiłaś dziś wystarczająco dużo?”.

I w ten sposób, nawet jeśli wszystko wokół mnie działa, we mnie ciągle coś nie jest wystarczające.

Poczucie bezpieczeństwa – jak je budować w sobie?

Przez lata myślałam, że poczucie bezpieczeństwa pojawi się wtedy, gdy wszystko wokół mnie będzie wreszcie stabilne. Gdy ludzie mnie zaakceptują, gdy dzieci będą miały dobry dzień, gdy świat w końcu przestanie się chybotać na wszystkie strony. A potem zobaczyłam Claire z Outlandera i coś we mnie drgnęło.

Nie była kobietą, która nigdy się nie bała. Nie była kimś, kto zawsze miał kontrolę nad wszystkim. Ale mimo to miała w sobie niesamowity spokój, jakby głęboko wiedziała, że cokolwiek się wydarzy, ona sobie poradzi. I może właśnie dzięki temu mogła ufać światu. Nie dlatego, że nigdy nie spotkało jej nic złego, ale dlatego, że wiedziała, że zawsze znajdzie drogę. Że jeśli coś pójdzie nie tak, zawsze będzie miała albo siebie, albo ludzi, na których może liczyć.

I wtedy zaczęłam się zastanawiać: a co, jeśli ja przez całe życie próbuję znaleźć bezpieczeństwo w czymś, co zawsze będzie się zmieniać?

Nie jestem w stanie kontrolować świata, ludzi, sytuacji. Nawet jeśli na chwilę uda mi się wszystko poukładać, to za moment coś się rozsypuje – bo taka jest natura życia. I może właśnie dlatego ciągle czułam niepokój, bo za każdym razem, gdy wydawało mi się, że już prawie mam ten stan „teraz mogę być spokojna”, coś się działo i cały misternie budowany domek z kart rozpadał się w kilka sekund.

A potem spojrzałam na moją córkę.

Jak dbać o siebie, by dawać dzieciom spokój?

Wieczór. Ten moment, kiedy ja i mój mąż wreszcie mamy czas, żeby obejrzeć serial, usiąść razem na kanapie, odetchnąć po całym dniu. Przez pierwsze pięć minut jest spokój. Potem słyszę lekkie skrzypnięcie drzwi. Ciche kroki.

— Mamo…

Udaję, że nie słyszę. Może pójdzie jednak spać.

— Mamo, chodź chociaż na chwilę!

Już wiem, że nie pójdzie.

Pojawia się w salonie, stoi przez moment, a potem wymyśla powód absolutnie nie do odrzucenia. A to że nie może zasnąć, a to że musi mi coś bardzo ważnego powiedzieć, a to że nie wie, gdzie jest jej przytulanka – ta sama, którą przed snem miała jeszcze w rękach.

Czasem wzdycham. Czasem mówię: „Kochanie, teraz mamy chwilę dla siebie, porozmawiamy rano.” Ale czasem po prostu unoszę koc i robię jej miejsce. A innym razem wstaję i idę z nią na chwilę do pokoju, posiedzieć pięć minut, przytulić ją, wysłuchać.

I chociaż czasem mnie to frustruje, to w takich momentach rozumiem, jak ważna dla niej jestem.

Bo ona nie przychodzi do mnie, żeby mi przeszkodzić.

Nie przychodzi, żeby sprawdzić moją cierpliwość (chociaż granice moje testuje).

Przychodzi, bo mnie potrzebuje.

I kiedy to sobie uświadomiłam, pomyślałam: ja przecież mogę zrobić to samo dla siebie.

Nawet jeśli kiedyś zostanę sama, to nigdy nie będę samotna.

Bycie mamą oznacza, że rzadko jestem sama. Jeśli nie dzieci, to pies. Jeśli nie pies, to wiadomości na telefonie. Jeśli nie wiadomości, to piętrzące się obowiązki, które czają się za rogiem jak stado nieskończonych zadań, gotowych rzucić się na mnie w każdej wolnej chwili.

Ale czasem przychodzi ten moment, kiedy wszyscy zasypiają, dom cichnie, a ja zostaję sama.

Teoretycznie to powinien być ten moment, na który czekałam. Wreszcie mogę obejrzeć serial – taki, który mnie wciągnie, bez zastanawiania się, czy ktoś inny też ma na to ochotę. Mogłabym wyciągnąć się pod kocem z książką i po prostu czytać. Mogłabym posiedzieć w ciszy, wsłuchać się w siebie, może w końcu pomyśleć o tym, czego naprawdę chcę.

Ale nie robię tego.

Zamiast tego siedzę na kanapie i czuję się dziwnie nieswojo. Cisza powinna być kojąca, a ja czuję się jak dziecko, które czeka, aż ktoś wróci do domu i sprawi, że wszystko znowu będzie „tak jak trzeba”. Jakbym sama ze sobą nie do końca wiedziała, co mam robić.

Mogłabym wstać rano i pobyć chwilę sama, zanim dom zacznie tętnić życiem. Często mam taki pomysł, żeby nastawić budzik wcześniej, wypić kawę w ciszy, dać sobie przestrzeń, zanim zacznie się dzień. Ale kiedy nadchodzi poranek i nikt jeszcze nie biega po domu, zamiast wstać, chowam się głębiej pod kołdrę. Jakbym chciała odwlec ten moment, w którym znowu zostanę sama ze sobą.

I choć trudno mi to wytłumaczyć, czuję lęk. 

Nie ten paniczny, nie ten przytłaczający, ale taki podskórny, który mówi: „Naprawdę chcesz to robić sama?”.

Tracę wtedy swoje poczucie bezpieczeństwa.

Byłam wtedy sama. I się bałam.

Jako dziecko wiele razy zostawałam sama. Pamiętam wieczory, kiedy mama pracowała na drugą zmianę, a ja siedziałam w swoim pokoju, czekając, aż wróci. Powinnam była cieszyć się swobodą – mogłam robić, co chciałam, nikt mnie nie pilnował. Ale kiedy zapadał zmrok, wkradał się we mnie strach.

Bałam się dźwięków dochodzących z klatki schodowej, trzasku drzwi, odgłosów kroków za ścianą. Bałam się ciszy, która wydawała się inna niż za dnia – nie przyjemna, ale jakby zbyt pusta. Bałam się tego, że nikogo nie ma, a ja muszę radzić sobie sama.

Kiedyś ta samotność mnie przerażała.

Teraz – kiedy mam swój dom, swoją rodzinę, swoje życie – nie boję się już, że nie dam rady. A jednak to uczucie z dzieciństwa gdzieś we mnie zostało. Może dlatego, że przez lata samotność kojarzyła mi się z czymś niebezpiecznym, z czymś, czego nie chciałam czuć. Może dlatego, że zawsze czekałam, aż ktoś wróci – i choć dziś już nie czekam, to ten stary nawyk gdzieś we mnie siedzi.

Tylko że teraz widzę, że to nieprawda.

Ja mam siebie.

Dziś, kiedy zostaję sama, nie jestem już tamtym dzieckiem, które bało się ciszy.

Nie jestem tą małą dziewczynką, która czeka, aż ktoś wróci i sprawi, że świat znowu będzie bezpieczny.

Bo teraz ja mogę być dla siebie tą osobą, na którą czekam.

Mogę nauczyć się być ze sobą tak, jak jestem z tymi, których kocham.

Mogę się o siebie troszczyć.

Mogę być dla siebie łagodna.

I może właśnie to jest ta różnica – samotność nie musi oznaczać pustki.

Bo niezależnie od tego, jak potoczy się moje życie, ja zawsze mam siebie.

I to mi wystarczy.

 

Jestem domem dla moich dzieci. Ale czy jestem domem dla siebie?

„Mamo, mogę się do Ciebie przytulić?”

Moja córka stoi w piżamie, z rozczochranymi włosami i lekko zaspanym wzrokiem. Przychodzi do mnie bez żadnych wątpliwości, bez zastanawiania się, czy to odpowiedni moment. Po prostu czuje, że mnie potrzebuje – i wie, że ja jestem.

Nie analizuje, czy zasłużyła na bliskość. Nie zastanawia się, czy powinna mi teraz przeszkadzać. Po prostu przychodzi do swojego domu – do mnie.

I wtedy uderza mnie myśl: ja też mogę być domem. Dla siebie.

Co buduje poczucie bezpieczeństwa u dziecka i mamy?

Przez lata myślałam, że poczucie bezpieczeństwa przyjdzie do mnie z zewnątrz.

Że pojawi się, kiedy wszystko będzie pod kontrolą.

Że poczuję się spokojnie, kiedy zrobię „wystarczająco dużo”.

Że odpocznę, kiedy na niego „zasłużę”.

A potem zaczęłam zauważać, że to działa zupełnie inaczej.

Poczucie bezpieczeństwa nie jest czymś, co dostajemy – jest czymś, co budujemy w sobie. I można to robić codziennie, małymi krokami.

Jak?

Zacznij mówić do siebie inaczej.

To, jak ze sobą rozmawiasz, tworzy Twój wewnętrzny świat.

  • Zamiast „Znowu coś zawaliłam”, można powiedzieć: „Każdy popełnia błędy. Co mogę z tego wynieść?”
  • Zamiast „Muszę ogarnąć więcej”, można powiedzieć: „Dziś zrobiłam, ile mogłam. To wystarczy.”
  • Zamiast „Nie powinnam tak czuć”, można powiedzieć: „Mam prawo czuć to, co czuję.”

Zaskakujące, jak wielką różnicę robi to, jak się do siebie zwracamy.

Daj sobie prawo do emocji.

Nie muszę zawsze być spokojna. Nie muszę zawsze mieć cierpliwości. Nie muszę zawsze wiedzieć, co robić.

Czasem mogę czuć złość.

Czasem mogę czuć zmęczenie.

Czasem mogę nie mieć ochoty na nic – i to nie oznacza, że coś jest ze mną nie tak.

Poczucie bezpieczeństwa w sobie zaczyna się od tego, że przestajemy walczyć z własnymi emocjami i pozwalamy im być.

Zrób dla siebie coś miłego – bez powodu.

Nie „w nagrodę”, nie „bo zasłużyłam”, nie „bo wykonałam całą listę obowiązków”.

Po prostu tak.

Kupić sobie kwiaty.

Pójść na spacer – dla siebie, nie dla kalorii.

Zrobić sobie dobrą kawę i wypić ją bez przeglądania telefonu.

Poczucie bezpieczeństwa buduje się wtedy, kiedy traktujemy siebie jak kogoś, kogo chcemy uszczęśliwić.

Przypomnij sobie, kim jesteś poza obowiązkami.

Nie jestem tylko mamą. Nie jestem tylko pracą. Nie jestem tylko listą rzeczy do zrobienia.

Jestem też kimś, kto ma marzenia.

Jestem kimś, kto lubi muzykę, lubi się śmiać, lubi próbować nowych rzeczy.

Jestem kimś, kto kiedyś potrafił wstać i spontanicznie pojechać gdzieś bez planu.

A to, że teraz mam inne obowiązki, nie oznacza, że tamta część mnie zniknęła.

Poczucie bezpieczeństwa buduje się wtedy, kiedy przypominam sobie, że moje życie to nie tylko „muszę” – to też „chcę”.

Naucz się być ze sobą – nie jako zadanie do wykonania, ale jako relacja, którą budujesz.

Dzieci czują się bezpieczne, bo wiedzą, że jestem.

A ja mogę poczuć się bezpiecznie, jeśli nauczę się być ze sobą.

Nie w biegu.

Nie w wiecznym ocenianiu siebie.

Ale w uważności. W łagodności. W docenieniu tego, kim jestem już teraz – nie tylko tego, kim mogę się stać.

  Rodzeństwo w ruchu – radość, zabawa, dzieciństwo

Poczucie bezpieczeństwa, które mogę dać…

Macierzyństwo często staje się lustrem, w którym dostrzegamy nie tylko nasze mocne strony, ale także te obszary, które wymagają uwagi. Dzieci uczą nas, jak wiele w nas czułości, ale też jak często czujemy, że „to wciąż za mało”. I to właśnie one pokazują nam, że nie musimy być perfekcyjne, by być wystarczające. Nie oczekują od nas kontrolowania każdego szczegółu, bezbłędnych decyzji czy nieskończonej cierpliwości. One chcą tylko naszej obecności.

Zaczęłam zauważać, że moje własne poczucie bezpieczeństwa to nie jest tylko sprawa „dla mnie”. To jest fundament. Dla nich. Bo dzieci chłoną nie to, co mówimy, ale to, czym jesteśmy. Jeśli ja w sobie mam spokój, one też go czują. Jeśli uczę się być dla siebie łagodna, one też uczą się, że mogą być łagodne dla siebie.

Poczucie bezpieczeństwa w sobie nie oznacza, że zawsze będziemy wiedziały, co robić. Nie oznacza, że nie będzie trudnych dni. Ale oznacza, że nie musimy od siebie uciekać. Że możemy nauczyć się być ze sobą – nie jako surowy krytyk, ale jako ktoś, kto troszczy się o siebie równie mocno, jak troszczy się o swoich bliskich.

Co możemy z tego wynieść?

Nie musimy zasługiwać na odpoczynek – mamy do niego prawo.

Nie musimy udowadniać swojej wartości – już jesteśmy wartościowe.

Nie musimy czekać na idealny moment, żeby być dla siebie dobre – możemy zacząć dziś.

To wszystko nie dzieje się od razu. Ale można się tego uczyć małymi krokami – zmieniając sposób, w jaki do siebie mówimy, pozwalając sobie na emocje, zauważając, że już jesteśmy wystarczające.

Jak możemy to osiągnąć?

Praktykujmy wybaczanie, zwłaszcza wobec siebie. Noszenie urazy, także do samej siebie, obciąża nasze serce i umysł. W artykule „Jak wybaczyć rodzicom i poczuć ulgę” poruszam temat wybaczania jako klucz do emocjonalnej wolności. Choć skupia się on na relacji z rodzicami, wiele z tych zasad możemy zastosować w relacji z samą sobą.

Rozwijajmy miłość i akceptację, zarówno wobec innych, jak i siebie. W artykule „Jak pokochać adoptowane dziecko?” omawiam, jak budować więź i miłość, nawet gdy pojawiają się trudności. Może warto spojrzeć na siebie z podobną czułością?

Zacznijmy traktować siebie tak, jak traktujemy tych, których kochamy. Jeśli potrafimy być domem dla naszych dzieci, to możemy być nim również dla siebie.

I jeśli ten tekst coś w Tobie poruszył, jeśli gdzieś wewnętrznie czujesz, że chcesz się tego nauczyć, ale nie wiesz, od czego zacząć – zrób dziś dla siebie coś, co sprawi Ci radość.

To nie musi być nic wielkiego. Może to być kilka minut ciszy, chwila z książką, spacer albo po prostu świadome powiedzenie do siebie: „Jestem wystarczająca – właśnie taka, jaka jestem.”

Bo masz siebie.

A to już bardzo dużo.

Bo kiedy dbasz o siebie, Twoje dzieci to czują. Są spokojniejsze. Czują się bezpieczniej. I uczą się, że one też mają prawo troszczyć się o siebie. Twoje wewnętrzne poczucie bezpieczeństwa jest jak fundament – jeśli Ty je masz, one mogą się na nim oprzeć. Nie przez słowa, tylko przez Twój przykład…

  Dziewczynka przytulona do dorosłego – dzieci potrzebują bezpieczeństwa

A jeśli ten projekt poruszył Cię choć trochę – nie zatrzymuj go dla siebie.

Wypuść go dalej.

Niech ta inicjatywa nie przejdzie bez echa. Niech niesie się jak echo po górach, od serca do serca.

 

Może warto czasem wziąć przykład z młodszych?

Z ich odwagi, wrażliwości, działania z poziomu serca.

Z tego, że mają w sobie ogień, który my – dorośli – czasem przygaszamy pod stertą obowiązków, zmęczenia, wątpliwości.

A przecież ona tam w nas nadal jest. Ta iskra.

Tylko trzeba ją znów obudzić.

 

Więc jeśli coś w Tobie drgnęło – puść to dalej.

Bo nawet najmniejsze działanie może być czyimś pierwszym krokiem do poczucia, że jest ważny.

Nie musisz być idealna, by być domem. Dla siebie i dla innych.

Na koniec chcę Ci jeszcze opowiedzieć o czymś ważnym. O inicjatywie „Stań się czyimś domem” – stworzonej przez licealistki, które postanowiły mówić o adopcji w sposób czuły, mądry i prawdziwy. To nie jest kampania, która szuka rodzin. To projekt, który otwiera serca i rozmowy. Pokazuje, że adopcja nie musi być tematem trudnym czy odległym. Że nie trzeba być idealnym, żeby stworzyć komuś dom. Bo dom nie zaczyna się od warunków, metrażu, idealnego życia. Dom zaczyna się od relacji. Od serca. Od tego, że ktoś jest. Że widzi. Że mówi: jestem tutaj. Dziecko nie potrzebuje rodzica, który nigdy nie popełni błędu. Potrzebuje kogoś, kto będzie. Kto przytuli, kiedy wszystko się wali. Kto pokaże, że nawet jeśli wczoraj było trudno, dzisiaj znów można próbować.

I to właśnie pokazuje ta inicjatywa. Że bycie domem nie wymaga perfekcji – tylko obecności, gotowości i serca.

Jeśli masz ochotę – zajrzyj, poczytaj, podaj dalej. Bo może nie każdy z nas może adoptować. Ale każdy z nas może mówić. Może oswajać. Może dawać innym nadzieję.

I może właśnie dzięki takim małym działaniom – jedno dziecko poczuje, że jest ważne. A zmieniając życie jednego człowieka, realnie zmieniamy świat. Ten jego. I ten nasz.

I wiesz, co jeszcze porusza mnie do głębi?
To, że za tą inicjatywą stoją tak młode osoby, które jeszcze czują za plecami zapach dzieciństwa. Dziewczyny, które jeszcze same uczą się życia, a już robią coś tak dojrzałego, empatycznego i wartościowego.
Naprawdę pięknie się na to patrzy.
Na tę wrażliwość. Odwagę. Świadome słowa, które trafiają prosto w serce.
To daje nadzieję. Na lepszy świat. Na przyszłość, w której nie trzeba być idealnym, żeby dawać innym poczucie bycia ważnym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *